10 sierpnia 2011

Radom damy radę?

Właśnie minęły trzy miesiące od wyborów gdańskich rad dzielnic i osiedli. Ponad cztery setki pracujących społecznie radnych pochodzących z wyboru, ponad ćwierć setki rad, nie podlegających prezydentowi ani urzędowi miasta. Nie jest jak dotąd jasne, czy będą partnerami dla władzach miejskich, czy… Z Bogiem sprawa jeśli chodzi o osiedla, w których działają od lat i współpraca jakoś się ułożyła. Gorzej z nowymi radami – może miasto nie pozwoli sobie na dyshonor w postaci konieczności zadawania się z tworami o nieodgadnionych zamierzeniach? W takiej sytuacji znaleźć łatwo receptę wziętą tyleż z wojskowej fali, co z pragmatyki każdego porządnego biurokraty – „pogonić kotu kota”. W ramach lekcji pokory lansowane są wśród lokalnych radnych trzy mity, w które, o zgrozo, niektórzy nawet zaczynają wierzyć!

Mit 1 – rady dzielnic to „przedszkole samorządności” dla nieopierzonych, młodych radnych. BŁĄD. O przedszkolu można mówić, gdy radnymi zostają licealiści czy osoby bez jakiegokolwiek doświadczenia. Tymczasem w nowowybranych radach, może niespodziewanie, jest całkiem spora grupa profesjonalistów z różnych dziedzin, niejednokrotnie z doświadczeniem solidniejszym, niż radni czy pracownicy miejscy.

Mit 2 – „mają popierać”. Gdy któraś rada zakwestionuje działanie urzędu – należy takiego radnego pouczyć, że nie ma przeszkadzać „miastu”, lecz mu pomagać. I że w ogóle taka rada nic nie może. BŁĄD. Rady mają formalny status jednostek pomocniczych miasta (a nie urzędu miasta). To oznacza, że mają wspomagać zapewnienie sprawności pewnych funkcji: planowania przestrzennego, komunikacji zbiorowej, gospodarki mieniem komunalnym. Może to znaczyć, że mają prawo (lub wręcz są zobowiązane) urzędowi przeszkadzać, przynajmniej wtedy, gdy biurokracja pracuje źle bądź niezgodnie z interesami mieszkańców.

Mit 3 – „mają wyręczać”. Najlepiej w pracochłonnych procedurach dokumentacyjnych. Oczywiście, z punktu widzenia urzędu najlepiej, gdy petent (w tym wypadku zarząd dzielnicy) posłusznie wypełni wewnętrzne dokumenty urzędu. Bo jeśli nie wypełni – nie będzie pieniążków… Śladem dwóch poprzednich mitów powinienem napisać: BŁĄD. W końcu prawo miejskie stanowi, że obsługę finansową i kancelaryjną zapewnia radom prezydent. Tymczasem lepiej pilnować, bo strajk włoski może spowodować, że faktycznie środki na cele dzielnic nie zostaną uruchomione.

Pierwsze doświadczenia nie są, na szczęście, bardzo złe. Ale ze strony części miejskich urzędników wyższego szczebla niektórzy z nowych radnych wyczuwają niechęć czy arogancję, co może wyznaczyć klimat przyszłej współpracy. A na końcu odpowiedzialność za sabotowanie pracy rad spadnie na prezydenta. Już teraz można twierdzić, zgodnie zresztą z przepisami miejskimi, że w części dzielnic prezydent Adamowicz nie wywiązał się z obowiązku zapewnienia radom nawet minimalnego standardu pracy, umożliwiającego choćby zorganizowanie dyżurów. Tylko nie wiem, czy prezydent o tym wie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz