30 listopada 2011

Teraz moja kolej

W 1945 Eugeniusz Kwiatkowski ogłosił Wielki Program Morski, w ramach którego porty Wybrzeża miały być połączone ze Śląskiem nie tylko autostradą, ale i wielką drogą wodną. Połączenie Wisła (w rejonie Bydgoszczy) – Odra (w okolicach Opola) miało być osią transportu towarowego oraz bodźcem intensywnego rozwoju eksportowego przemysłu we wschodniej Wielkopolsce. Tymczasem głównym łącznikiem Opola z Trójmiastem (a dokładniej - z Sopotem) stała się w latach późniejszych wielka idea festiwali muzyki rozrywkowej. I chyba nic więcej.

Myśli o związkach Pomorza ze Śląskiem Opolskim nachodziły mnie dość intensywnie w czasie drogi, którą „tam i z powrotem” miałem okazję przebyć z użyciem komunikacji zbiorowej. Wielka wyprawa kolejowa była dla mnie pewnym wyzwaniem tym bardziej, że w ciągu ostatnich paru lat nastąpiło załamanie i tak nie najlepszej reputacji kolei.

W pierwszej kolejności przyjąłem założenie, że internetowy rozkład jazdy PKP nie kłamie oraz że oprogramowanie podpowiada najlepsze rozwiązania transportowe czyniąc to w dobrej wierze. Z tą myślą udałem się w podróż. Tutaj Czytelnik mógłby spodziewać się dramatycznego opisu przygód, które miałem po drodze. Nic z tego. Przygód nie miałem, kolej jechała mniej więcej zgodnie z rozkładem (największe opóźnienie to zaledwie niespełna dwie godziny), połączenia były nie najgorzej skomunikowane. Łącznie w pociągach spędziłem zaledwie dobę!

W stan konsternacji wprowadziło mnie jednak to, że trasę do Opola i z powrotem pokonałem z pominięciem Gdańska, przystanku – wydawać by się mogło – najbardziej oczywistego w trasie z Gdyni na południe. Odwiedziłem za to Koszalin i Stargard Szczeciński. Żeby nie było wątpliwości powtórzę, że marszrutę doradził mi rozkład jazdy PKP…

Pokutuje pogląd, że autorami najtrwalszych rozwiązań transportowych na ziemiach polskich byli Niemcy. Szlak Gdynia – Koszalin / Stargard Szczeciński – Poznań – Wrocław – Opole zdaje się być tego przykładem. W 1918 roku, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, żaden z fragmentów tej trasy nie znajdował się w Polsce. Niemal 100 lat później okazało się, że na kolei nadal nie ma najprostszego rozwiązania północ – południe, a jazdy w tym kierunku przez wschodnią Wielkopolskę w ogóle nie należy planować. Że w grę wchodzi albo łuk przez ziemie zachodnie, albo przez wschód kraju – przez Warszawę. Tyle, że ten ostatni wariant, dzięki tak a nie inaczej zaplanowanemu remontowi, sam się wyeliminował (wraz z Warszawą) z moich planów jako jeszcze bardziej czasochłonny.

Moja dziwna podróż miała jeszcze jeden konsternujący aspekt. Za bilety kolejowe umożliwiające mi jazdę łącznie przez 24 godziny zapłaciłem łącznie 140 złotych. Nikt mi już nie powie, że kolej nie tanieje. Wszak godzina jazdy pociągiem kosztuje coraz mniej.

Bilety jako materiał dowodowy:
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz