7 grudnia 2011

Półrocznica

Minęło właśnie pół roku od ukonstytuowania się w Gdańsku rad dzielnic i osiedli. Nie twierdzę, że od tego w mieście żyje się lepiej. Ale ta nowa w wielu miejscach forma demokracji lokalnej powoli zaczyna poruszać potencjał społeczny tkwiący w mieszkańcach.

Formalnie rady dzielnic i osiedli to tzw. „jednostki pomocnicze”, które „stanowią integralną część wspólnoty samorządowej mieszkańców Miasta Gdańska”. Mówiąc jeżykiem bardziej praktycznym: mają pełnić funkcję lokalnego samorządu, reprezentującego dzielnice i osiedla wobec władz miasta. Ich rolą jest - cytuję dokumenty - zapewnienie mieszkańcom udziału w decydowaniu w sprawach związanych z funkcjonowaniem i rozwojem dzielnic i osiedli. Mają opiniować działania dotyczące majątku gminnego, planowania przestrzeni miejskiej, zagospodarowania terenów zielonych. Ich zadaniem jest współpraca z policją, strażą miejską, zarządem komunikacji publicznej. Mają też wspierać inicjatywy mieszkańców. Łącznie - wiele funkcji do spełnienia przez społecznych aktywistów, którzy muszą się swoich zadań nauczyć i znaleźć czas na ich wypełnianie. Rady są więc „głosem ludu” mającym prawo (i chęć) wpływania na decyzje administracyjne, planistyczne, gospodarcze odnoszące się lokalnych społeczności.
Co ważne – rady dzielnic i osiedli nie podlegają prezydentowi i nie są elementem biurokracji miejskiej.

Czy pół roku działania rad daje podstawę dla oceny ich działania? Pół roku temu byłem przekonany, że w ciągu paru miesięcy będzie można ocenić, czy są skuteczne. Byłem optymistą – wciąż za wcześnie o tym mówić. Zbyt dużo niespodziewanych barier się pojawiło (niektóre z rad nadal nie mają siedzib i elementarnego wyposażenia), dość długo trwa „docieranie się” współpracy z instytucjami miejskimi – w relacjach z niektórymi z nich zbudowanie minimalnego wzajemnego zaufania jest bardzo trudne. Bariery prawne i formalne okazują się niekiedy istotniejsze od finansowych – choć budżety wynoszą ledwie cztery złote na mieszkańca.

„Ledwie cztery złote na mieszkańca” to nie jest mało pieniędzy – w większych dzielnicach to ponad 100 tysięcy złotych na rok. Nie da się za to wyremontować drogi czy zainstalować systemu monitoringu, ale można myśleć o drobnych przedsięwzięciach na terenach zielonych, o inicjatywach społecznych czy niewielkim wsparciu działalności lokalnych szkół i stowarzyszeń. Największym zainwestowanym kapitałem nie są jednak pieniądze, lecz aktywność ludzi. Na tym tle konkluzja:
Uprzejmie proszę instytucje miasta Gdańska, by wspierały aktywność obywatelską. A nie wręcz przeciwnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz