26 stycznia 2012

Internet zamiast czołgów

Upowszechnienie internetu przyniosło istotną zmianę, wręcz rewolucję w sposobach komunikowania się między ludźmi. Odnajdujemy się w „naszych klasach”, na forach społecznościowych, coraz częściej stajemy się dziennikarzami obywatelskimi, sieciowymi felietonistami. Ślemy sobie więcej listów – e-maili, niż w czasach tradycyjnej poczty. Rzadziej ze sobą rozmawiamy.

Internet przyniósł też zmiany w gospodarce. Kupujemy w e-sklepach, płacimy rachunki nie wychodząc z domu. Robimy to jako osoby całkiem prywatne, ale i jako właściciele bądź pracownicy firm, banków. Kupujemy i sprzedajemy akcje na giełdzie. Pieniądz płynie bardzo szybko, do tego stopnia, że w krótkim czasie może dochodzić do gwałtownych zmian kursów walut, do zachwiania sytuacji finansowej całych państw.

Internet wkroczył do polityki – z wzajemnością. W sieci tworzą się stronnictwa. Sieć daje możliwość urządzania demonstracji bez wychodzenia na ulice. Zorganizowana akcja społeczna już teraz daje wielkie możliwości – nie trzeba wysypywać zboża na drogę, by zakłócić normalne funkcjonowanie niektórych instytucji i dziedzin życia publicznego. Ale trudno oczekiwać, że przez sieć dojdzie do zamachu stanu czy krwawej rewolucji.

Jednak może się wkrótce zdarzyć, że dzięki wykorzystaniu internetu dojdzie do paraliżu funkcjonowania całych państw. A atak może przyjść zarówno z kraju, jak i z zagranicy. W tym ostatnim przypadku uzasadnione może być użycie słowa „wojna”.

Tradycyjnie za wojnę uważa się konflikty zbrojne. Ale znane jest pojęcie wojny ekonomicznej, gdzie polem wrogich działań państw jest gospodarka. Taka wojna przeciw Polsce, rozpoczęta przez Niemcy w 1925 roku, doprowadziła do znacznego zachwiania kursu złotówki, spadku wydobycia węgla, spadku produkcji przemysłowej, szybkiego wzrostu bezrobocia, wreszcie do upadku rządu Władysława Grabskiego. W tych warunkach Józef Piłsudski dokonał zamachu stanu. Ekonomiczną wojnę z Niemcami wygrał dla Polski Eugeniusz Kwiatkowski, a pomnikiem zwycięstwa stał się port w Gdyni. Nie muszę dodawać, że w tej wojnie nikt nie używał internetu.

Przyglądam się trwającej w sieci akcji przeciw prawnej regulacji internetu. To nie rewolta, nie wojna, nawet nie wojenka. To zaledwie demonstracja. Z malejącym rozbawieniem patrzę na blokady stron www instytucji państwowych. Z rosnącym niepokojem stwierdzam, że polski rząd niejednokrotnie sprawia wrażenie bezbronnego. I mimochodem zastanawiam się nad ryzykiem o skutkach wielokroć poważniejszych – nie wiem, jak Polska wytrzymałaby skierowany przeciw sobie atak internetowy. Atak, w wyniku którego podjęto by – na przykład – próbę rozbicia systemu finansowego i kluczowych mechanizmów funkcjonowania gospodarki. Niemożliwe? Możliwe, możliwe…

Zdjęcie pochodzi z galerii w trojmiasto.pl

1 komentarz:

  1. ArmageddoN! Coś o nim wspominali jehowici, jak byli ostatnim razem....
    Endrju Szymański

    OdpowiedzUsuń