1 sierpnia 2012

Płynie tramwaj, płynie

Jestem miłośnikiem transportu wodnego. Wiem, że wożenie ładunków wodą jest nie tylko bardziej ekologiczne niż ciężarówkami, ale i sporo tańsze. Trochę inaczej rzecz się ma z wożeniem ludzi. Wycieczka transatlantykiem kosztuje sporo pieniędzy, a i rejsy lokalnymi statkami do najtańszych nie należą. Ale dycha (dziesięć złotych) za przejażdżkę statkiem po Gdańsku za bardzo nie boli, może za to dać sporo więcej radości, niż łażenie tysięczny raz po „starówce”, nawet w trakcie jarmarku św. Dominika. 

Oferta miejskiej komunikacji wodnej obejmuje kilka tras, spośród których niektóre są banalne (myślę o tych z Trójmiasta na Hel), ale parę może stanowić nie lada atrakcję. Nie płynąłem jeszcze na Górki Zachodnie i Wyspę Sobieszewską. Testowanie wodnego Gdańska zacząłem od latarni morskiej w Nowym Porcie, spod której można popłynąć ku śródmieściu Gdańska, zatrzymując się na kilku dość ciekawych przystankach i patrząc na mało znane miejsca. Niektóre z nich – dla wrażliwców o twardych nerwach… 

Zaczynamy wycieczkę na latarni. Widok doskonały we wszystkie strony świata. No, prawie wszystkie - niestety kiedyś jakiś (tu słowo niecenzuralne) postanowił o wybudowaniu w Nowym Porcie falowca, który zasłania śródmieście Gdańska. Ale dzięki temu można skoncentrować się na reszcie horyzontu. Z latarni schodzimy wprost na przystanek tramwaju, wsiadamy i płyniemy na Westerplatte (przystanek), stamtąd do twierdzy Wisłoujście (przystanek) i na Nabrzeże Zbożowe (przystanek). Na każdym przystanku możemy wysiąść i przejść się po okolicy. Niestety, mamy na to ledwie parę minut, więc: na Westerplatte nie dojdziemy do pomnika, do Twierdzy Wisłoujście ledwie zajrzymy, a już trzeba wracać, przy Nabrzeżu Zbożowym trzeba pędzić z powrotem ledwie tylko dojdziemy do ruin dworu Fischera (► zdjęcie - dla odważnych!) i do starego browaru, zagospodarowanego wystawami Francisz-kańskiego Ruchu Ekologicznego, Charytatywnego i Historycznego. Nie ma szans, by zdążyć na ruiny Szańca Zachodniego (taka twierdza Wisłoujście, tylko po lewej stronie rzeki). 

A potem płyniemy dalej… 

Fosfory

Polski Hak

Ciekaw jestem, ilu Gdańszczan przyglądało się od strony wody portowym terminalom przeładunkowym, zakładom chemicznym, stoczniom. Dla mnie – odkrycie. Spokojnie płynący tramwaj pozwala przyjrzeć się szczegółom industrialnego krajobrazu. Posłuchać o nim ani poczytać nie da rady – nie ma przewodnika. Industrialną część wycieczki kończy przystanek przy ul. Stępkarskiej, z przygnębiającym widokiem na ostatnie ocalałe budynki „z tej” i chałupy do rozbiórki przy Polskim Haku „z tamtej” stronie rzeki. Okolica widziana od strony wody nie zachęca do spaceru, więc nie wysiadłem. Dopiero potem wpadłem na to, że można przyjrzeć się krajobrazowi okolic gazowni i stoczni od strony, w którą rzadko zapuszcza się jakikolwiek spacerowicz.
Polski Hak / Sienna Grobla

Dalsza trasa prowadzi ku śródmieściu. Ołowianka: oczy wyobraźni podpowiadają widok przyszłego mostu zwodzonego, który otwiera swoje przęsła na dziesiątki metrów w górę by zrobić miejsce tramwajowi. Potem Hilton (przystanek), Sołdek, żuraw, dalej Wyspa Spichrzów i cztery mosty, pod którymi warto pochylić głowę – na wszelki wypadek. Po lewej widzimy spichlerze i rozpadające się magazyny, a po prawej – stare i nowe blokowiska Starego Przedmieścia. Wysiadamy Pod Zrębem, tam gdzie rzeka nagle się kończy schodkami – a warto pójść dalej, prosto, na piechotę. 

Tramwaj wodny pływający po Gdańsku będzie kiedyś dobrym produktem turystycznym. Na razie dziadowskie ulotki przygotowane przez Zarząd Transportu Miejskiego w Gdańsku ani nie zachęcają do wycieczki, ani - w jej trakcie - nie pomogą w zrozumieniu tego, co jest i dzieje się wokół nas. Sposób promocji w internecie jest zresztą równie dziadowski. Szkoda, bo w ten dwugodzinny rejs warto popłynąć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz