12 września 2012

10 km /h

Cykliści są oburzeni. Na sopockiej promenadzie pojawiły się znaki ograniczające prędkość poruszania się rowerów. „Przecież nie da się jechać 10 km/h!” albo „i kto to będzie mierzył?” – tak brzmią odruchowe komentarze, zazwyczaj wygłaszane pod wpływem pierwszego impulsu. A ja sprawę sobie spokojnie przemyślałem. I…

Gdy w Trójmieście projektowano drogi dla pojazdów (rowerów, osobówek, tirów) mało kto spodziewał się, że natężenie ruchu będzie tak duże. Porażająca jest przede wszystkim ilość samochodów – w Gdyni na tysiąc mieszkańców przypada 517 aut osobowych, w Gdańsku – 485. W zimnych Helsinkach jest ich trzysta, a w „biednym” Berlinie – dwieście. W Sopocie zarejestrowanych jest więcej wozów, niż mieszkańców.


Wniosek: Trójmiasto to bogatsza od stolicy Niemiec aglomeracja położona za kołem podbiegunowym, zaś Sopot to jej przedmieście pozbawione komunikacji publicznej.


We Wrzeszczu (i nie tylko tam) są całe ulice, w których – po obu stronach – chodniki zastawione są samochodami tak, że jedyna ścieżka dla pieszych prowadzi środkiem jezdni. Tego zapewne obawia się jeden z deweloperów, który (brawo!) odważył się powiedzieć mieszkańcom, żeby zeszli z samochodami pod ziemię. Ulice mają być dla ludzi (pieszych), zaś samochody mają prawo stać przez kwadrans, a jeśli chcą stać dłużej – to już proszę płacić, płacić, płacić. Wielkie kontrowersje budził w przeszłości pomysł wprowadzenia stref płatnego parkowania w Gdyni (pomysł się przyjął), teraz podobne opory mają miejsce w gdańskich dzielnicach Oliwa i Siedlce. 

Sposobów na ograniczenie dominacji samochodów szukać trzeba. Dwa najprostsze to: świetna komunikacja zbiorowa i jazda na rowerach. 

Gdybyśmy mieli świetnie rozwiniętą i dobrze zarządzaną komunikację miejską, rokowania dla samochodów byłyby słabe. Tymczasem gdański zarząd transportu miejskiego potrafi likwidować istniejące od dawna linie, zaś ceny biletów na niektórych trasach poszybowały w ciągu niespełna czterech lat o 80 procent. W kotle komunikacyjnym, którym staje się Wrzeszcz, buduje się właśnie wiadukt (samochodowy) w sposób wykluczający możliwość położenia torów tramwajowych. SKM jeździ zbyt rzadko, a oferowany komfort jazdy nie zachwyca – choć trzeba przyznać, że się poprawia (i to nie wskutek spadku liczny pasażerów). 

Jezdnie rowerowe (zwane „ścieżkami”) przyjmują się za to dość łatwo. Jest ich w Trójmieście zbyt mało, a ich przebieg i konstrukcja są często słabo przemyślane. Przy budowie kolei metropolitalnej zapomniano ponoć o zaplanowanym wcześniej tunelu rowerowo-pieszym między Dolnym a Górnym Wrzeszczem. Tymczasem jeśli chcemy iść w stronę takich miast jak Kopenhaga (214 samochodów na tysiąc mieszkańców, mnóstwo rowerów), musimy zacząć myśleć o zamykaniu niektórych ulic dla ruchu samochodowego po to, by stworzyć parkingi i jezdnie rowerowe. 


A w sprawie tempa poruszania się rowerów po promenadzie popieram prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Sądzę, że ograniczenie prędkości do 10 km/h to wstęp do skasowania możliwości ruchu rowerów i że już w następnym sezonie cykliści zostaną potraktowani zakazem wjazdu. I dobrze. Zatłoczony nadmorski deptak powinien zostać przywrócony – w całości – pieszym.

1 komentarz:

  1. Popieram cały artykuł... poza ostatnim akapitem:) Miasto jest dla ludzi, także tych na rowerach. Rowerzysta też może chcieć skorzystać z nadmorskiej promenady - trzeba tylko mądrze oddzielić ścieżkę od chodnika i - niestety - wychować ludzi. Do spokojnego jeżdżenia i normalnego chodzenia.

    OdpowiedzUsuń