6 lutego 2013

Niedzielne historie

Prawie tysiąc osób wzięło w ostatnią niedzielę w Gdańsku udział w dwóch wydarzeniach historycznych. „Historycznych” może nie w znaczeniu przełomowości dla dziejów miasta, lecz ze względu na tematykę. I nie były to występy omszałych gwiazd telewizji. 

Pierwsze wydarzenie to zmiana warty przed Wieżą Więzienną i Złotą Bramą. „Powrót do Gdańska początków XIX wieku” – tak anonsował wydarzenie Krzysztof Kucharski, gdański kaper, który tym razem wystąpił w pruskim mundurze. I pokierował ceremonią, która – być może – wpisze się na dłużej w krajobraz miasta. Publiczność miała okazję obejrzeć rekonstrukcję obyczajów panujących w pruskim wojsku, z biciem żołnierza z rozkazu oficera włącznie. Wojskowy „pruski dryl”, trzeba to wiedzieć, sławny był z bardzo brutalnego sposobu dowodzenia… 
Fot. Magdalena Kucharska

Publiczność, w większej części całkowicie przypadkowa, przyjęła wydarzenie z wielkim zainteresowaniem i akceptacją. Także w internecie, gdzie wszelako musieli pojawić się sceptycy, twierdzący na przykład, że lepiej pokazywać tradycję ułanów kresowych – jako „lepiej dopasowaną do polskiego charakteru Gdańska”. Skądinąd bardzo interesująca idea, szczególnie biorąc pod uwagę to, że inscenizacja wiązała się z czasami pierwszego Wolnego Miasta, w których przez Gdańsk przewalało się żołdactwo pruskie, ruskie i francuskie – a armii polskiej nie było w ogóle. 
Fot. Dariusz Słowik Słowikowski

Drugie z wydarzeń to spacer po Nowym Porcie. Rekordowy. 

Otóż przyjęło się w niektórych dzielnicach Gdańska, szczególnie tych omijanych przez szlaki turystyczne, organizować wycieczki sąsiedzkie – z przewodnikiem. W ich trakcie okazuje się często, że nie znamy dziejów miejsc, w których żyjemy na co dzień. Albo nie zauważyliśmy historii, która działa się obok nas. Takie wędrówki gromadziły początkowo kilkanaście, potem kilkadziesiąt osób. Spacer pod wodzą Aleksandra Masłowskiego, gdańskiego przewodnika, zgromadził w Nowym Porcie pół tysiąca uczestników. 

Nie wiem, ile osób odwiedza w zwykłą zimową niedzielę mury gdańskich muzeów. Jeśli po kilka tysięcy – złego słowa o nich nie powiem. Więcej, od razu pochwalę Muzeum II Wojny Światowej, którego gdyńska, leśna inscenizacja „Ardeny’44” przyciągnęła prawie pół tysiąca twardzieli. Zwracam jednak uwagę, że dwa wspomniane przeze mnie wydarzenia gdańskie nie tylko nie były organizowane przez żadną państwową czy samorządową instytucję historyczno-kulturalną, ale i bez jakiegokolwiek publicznego wsparcia. Były za to wynikiem spontanicznej aktywności niewielkich grup osób, które potrafiły przyciągnąć w niezbyt korzystnych warunkach pogodowych setki widzów. 

A jak się komu nie podoba, niech zorganizuje swoje imprezy.

Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

2 komentarze:

  1. w Błękitnym Baranku,który skądinąd ma naprawdę fajne ekspozycje, jednego potrafi się pojawić np. 5 osób. Na własne oczy widziałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Inicjatywy godne upamiętnienia i może "Miasto" zauważy, że można. Trzeba tylko chcieć!!!

    OdpowiedzUsuń