8 maja 2013

Miłość za pieniądze

W sobotnio-niedzielnym wydaniu „Dziennika Bałtyckiego” ukazał się dobry artykuł Kazimierza Netki „Komu się uda zjednoczyć Gdańsk i Gdynię?” Pytanie, które od razu, wręcz odruchowo sobie zadałem: po co jednoczyć? I odpowiedź znalazłem stronę dalej: „Zamiast działać wspólnie, Gdańsk i Gdynia rywalizują o unijne pieniądze”. 

W swoim artykule red. Netka opisuje historię, w której wokół dwóch biegunów aglomeracji tworzą się dwa stowarzyszenia: Gdański Obszar Metropolitalny GOM i Metropolitalne Forum Norda. Pisze też o tym, że każde z nich chce za norweskie pieniądze opracować swoją strategię. Przy czym Norda postępuje racjonalnie, chcąc stworzyć Północny Biegun Wzrostu na „swoim” terytorium. Zaś GOM wprawdzie chce stworzyć Wielką Strategię Wielkiej Metropolii, ale na spotkanie w tej sprawie nie zaprasza Gdyni (a potem popełnia kolejne błędy towarzysko-dyplomatyczne). 

Jednocześnie zaczynają dochodzić dość niecierpliwe „szmery z góry” – władze rządowe chciałyby uprościć sobie pracę i widzieć jednego partnera do rozmów. Być może nawet wyznaczą jego terytorium i organizację arbitralnie, z Warszawy. Dodam, że granice metropolii jako tzw. „miejskiego obszaru funkcjonalnego” da się określić bez uwzględnienia opinii Gdańska i Gdyni. Wtedy zapewne nie zostaną w ogóle uwzględnione – słusznie zresztą – takie zacne miejscowości należące obecnie do metropolitalnych stowarzyszeń, jak Subkowy, Łeba czy Sulęczyno. 

Z Warszawy dobiega groźba, że jeśli Gdańsk i Gdynia się nie dogadają, to rząd może tak „ustawić” metropolię trójmiejską i programy finansowania, że albo prezydenci zmiękną, albo kasy nie będzie. 

* * * 
W poniedziałek miałem okazję przysłuchać się wykładowi Romana Sebastyańskiego, architekta-urbanisty zajmującego się sprawami rozwoju miast. Przedstawił między innymi historię formowania się holenderskiej metropolii Randstad, na którą składa się mniej więcej tyle miejscowości, co w Nordzie i GOM razem wziętych. Otóż najpierw rozwijały się układy metropolitalne dwóch konkurujących ze sobą miast, Amsterdamu i Rotterdamu. Dopiero potem zdecydowano o ich integracji w wielki zespół metropolitalny. 

Cały proces formowania się Randstad odbywał się dość spontanicznie, nie występowała istotna centralna presja administracyjna. Zaś powstała metropolia ma charakter sieciowy, co oznacza brak zdeterminowanego centrum. Precyzyjnie określono główne funkcje, które są dla partnerów wspólne – w pozostałych obszarach każdy zachowuje samodzielność. No i powiedziano jasno – łączy nas możliwość wspólnego „wyciskania Brukselki”, czyli pozyskiwania środków unijnych na różne projekty w oparciu o zasadę „duży może więcej”. 

Oceniam, że nasze pomorskie „Rotterdam” i „Amsterdam” mogą się dogadać, ale potrzebują trochę czasu – dużo mniej, niż potrzebowali Holendrzy. Sądzę, że wspólna strategia całego obszaru gdańsko-gdyńskiego może, podobnie jak w Randstad, wynikać ze strategii mniejszych metropolii. A ze strony rządu bardziej niż gróźb trzeba subtelnego wsparcia. W tym perspektywy wspólnego „wyciskania Brukselki”…


Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz