17 lipca 2013

Tramwajem na festiwal

Tramwaje lądowe w Gdańsku mają dość swobodne podejście do cen, numeracji, tras czy nazewnictwa przystanków i dzielnic. Przyzwyczaiłem się. Co innego miejskie tramwaje wodne. Moje doświadczenia z zeszłego roku są jak najlepsze – zawsze punktualnie, zawsze miło, zawsze w tę stronę co trzeba. Bywało, że mój komfort podróży był tak wielki, że żaden tramwaj lądowy nie mógł się równać – szczególnie gdy na wodzie byłem jedynym pasażerem. 

Już u progu nowego sezonu 2013 przekonałem się, że zeszłoroczne „wodne” doświadczenia będą nieprzydatne. Wzorem sprawdzonych pomysłów „lądowych” Zarząd Transportu Miejskiego poczęstował klientów informacją o likwidacji jednej z linii – tej z Sobieszewa. Jednak pozytywną niespodzianką były reklamy nowej trasy. Odcinek od Nowego Portu do Motławy zaplanowany został „naokoło”, przez Martwą Wisłę – bez wpływania na Kanał Kaszubski. Nie ukrywam, że wiązałem z tą zapowiedzią duże nadzieje. Przepłynąć między Gdańską Stocznią Remontową a elektrociepłownią na Młyniskach to niemała atrakcja, podobnie jak perspektywa obserwowania z wody rozszczepiania mostu między obecną Stocznią Gdańsk a byłą Stocznią Gdańską. Stoczniowe żurawie po lewej i po prawej. Takiej linii wcześniej nie było! 

Trasa tramwaju wodnego Martwą Wisłą - na czerwono

Byłem mocno zawiedziony, gdy okazało się, że nowej oferty jednak nie ma, a Zarząd Transportu Miejskiego po prostu nie zna trasy swojego tramwaju… 

Tramwajem wodnym postanowiłem dotrzeć na ostatni dzień Festiwalu Teatrów Plenerowych FETA. Wycelowałem w godzinę dziewiętnastą – tuż przed przedstawieniem, które miało się odbyć na wodzie (i pod wodą) w bezpośrednim sąsiedztwie końcowego przystanku „Żabi Kruk”. To, pomyślałem, świetna idea i promocja transportu wodnego – wpłynąć prosto przed widownię, na której zasiadają setki widzów, potencjalnych klientów. Co więcej, gdyby tramwajem przypłynęli artyści, byłoby to lepsze wejście na scenę, niż niejednej gwiazdy popkultury.

Postanowiłem ruszyć w trasę na samym jej początku, pod latarnią morską w Nowym Porcie. Tam, niestety, warunki nie pozwoliły łajbie na przybicie do brzegu. Przespacerowałem się więc trzy przystanki dalej i poczekałem, aż mnie ten tramwaj dogoni. Dogonił. Wsiadłem. Popłynąłem. Ale… 

Byłem mocno zawiedziony, gdy okazało się, że tramwaj nie dopłynie do celu. I to z powodu… festiwalu FETA! Nie muszę dodawać, że Zarząd Transportu Miejskiego informacji takiej nie zamieścił ani na przystankach, ani w internecie. 

W efekcie doszedłem do celu na piechotę. Festiwalowego przedstawienia na wodzie prawie nie obejrzałem – tłok był duży, a znaczna część widowni była pozbawiona widoku na wodną scenę. Zasłaniała go wiatka z napisami informującymi, że Miasto Gdańsk i Unia Europejska dofinansowują... tramwaj wodny. 

Wiatka przystanku tramwaju wodnego przesłania scenę na wodzie

Do domu wróciłem tramwajem lądowym przed końcem festiwalu. Gdybym się bawił do końca, to nie miałbym czym pojechać. Tramwaje śpią o tej porze w zajezdniach… Zarząd Transportu Miejskiego w Gdańsku też chyba śpi. A może się bawi?

Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz