20 sierpnia 2013

Dali sobie po ryju...

Marynarz - "indywiduum odżywiające się alkoholem i tytoniem, służące do poruszania statkiem" – wpadła mi kiedyś w zasięg wzroku definicja brytyjska, chyba z końca XVIII wieku. Jeśli marynarz miał być ”wojenny” i wygrywać z przeciwnikiem, to musiał dodatkowo być bitny. 

Chorzów – miasto, w którym w pełni rozwinęła się kariera Eugeniusza Kwiatkowskiego, wówczas dyrektora technicznego uruchamiającego nowoczesną fabrykę chemiczną, zabraną Niemcom w tym mieście. Bez dokumentacji, bez wykwalifikowanych i doświadczonych pracowników. Ale Kwiatkowski dał radę, przy znacznym wkładzie i zaangażowaniu ludu chorzowskiego. 

Gdynia – miasto, w którym spotyka się tradycja Kwiatkowskiego, przedwojenna magistrala węglowa ze Śląska oraz port, którego nieodzownym elementem są marynarze. Dodajmy, że jedna z części Gdyni nosi dumną nazwę „Meksyk”.

ARM „Cuahtémoc” – stacjonujący zwykle w Acapulco i Vera Cruz żaglowiec szkolny meksykańskiej marynarki wojennej. „Załoga jest znana z efektownych parad na rejach podczas wchodzenia i wychodzenia z portu” – czytamy w Dzienniku Bałtyckim z 16 sierpnia br. Czytamy dalej, że w czasie poprzedniej wizyty w Gdyni (2003) „entuzjastyczna i otwarta meksykańska załoga zrobiła furorę”.

Lud chorzowski spotkał się z meksykańskimi marynarzami w Gdyni. Nie wiem, która z ekip bardziej spełniała kryteria bycia marynarzem („odżywianie się alkoholem” vs. „służenie do poruszania statkiem”). W każdym razie wychodzi na to, że entuzjastyczny i otwarty marynarz „wojenny” ze słonecznego Meksyku postanowił poobmacywać polską dziewczynę (źródło i zapis video: gazeta.pl), a lud chorzowski poczuł w sobie ducha śląskich rycerzy. A potem w ruch poszły piąchy i kosy…

Głupio powiedzieć, ale na gdyńskiej plaży wskrzeszone zostały dawne tradycje dzielnic portowych. Tyle że tłuc się powinni raczej w jakiejś tawernie... 

PS. Znalezione w sieci:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz