4 września 2013

Bździel, Przeróbka, Samp i Pyć

Na początek słowniczek. Bździel – to młyn pływający (kto powiedział, że fabryka nie może pływać?). Takie młyny, uwiecznione choćby na obrazie Canaletta, oferowały swoje usługi miejscowościom położonym nad Wisłą. Przeróbka – dzielnica Gdańska, której nazwa pochodzi od „przerabiania” – suszenia i przesiewania zboża przywożonego do Gdańska Wisłą. Samp – nazwisko profesora, znawcy dziejów Gdańska i Pomorza. Pyć – nazwisko nowej minister do spraw Wisły, Odry i innych dróg wodnych (w tym także morskich). 

Bździele w Warszawie (Canaletto, fragment obrazu Widok Warszawy od strony Pragi); zobacz cały obraz - tutaj

17 sierpnia w Nowym Korczynie, niegdyś znacznym grodzie między Krakowem a Sandomierzem, zwodowano replikę XIX- wiecznego bździela (na zdjęciu). Jej zadaniem było płynąć Wisłą i promować ofertę turystyczną kielecczyzny na całej trasie do Gdańska. W kolejnych miejscowościach odbywały się festyny, pokazy mielenia zboża na chleb – aż do Włocławka, którego przebyć się już nie dało (bździel by sobie dalej poradził, ale zapora na rzece w tym roku nie była w stanie…). [Więcej o bździelu w poprzednim wpisie - link]

Młyn nie dopłynął zatem na Pierwszy Dzień Flisaka, organizowany przez radę gdańskiego osiedla Przeróbka ostatniego dnia sierpnia. W trakcie nadrzecznej imprezy prof. Jerzy Samp opowiedział o historii dzielnicy, w tym o flisackich obyczajach związanych z „przerabianiem” zboża i wydawaniem wypłaty w miejscowej karczmie i w Gdańsku. Podano zupę rybną, mieszkańcy z brzegu mogli obserwować wyczyny wioślarzy na „smoczej łodzi”. Łódź przez dłuższy czas była jedyną pływającą jednostką w zasięgu wzroku – bździela oczywiście nie było, barek też nie było, nikt się ich zresztą nie spodziewał. Wkrótce Wisłą obok festynu „przemknął” wprawdzie jeden obiekt pływający – ale był to smętny tramwaj wodny, z którego nie było nawet komu zamachać do bawiących się na brzegu obywateli…

Na zdjęciu z lewej: prof. Samp wśród mieszkańców Przeróbki; z prawej: smocza łódź i tramwaj wodny.

Dzień po zakończeniu podróży bździela, a dzień przed festynem na Przeróbce, gruchnęła wieść, że nowym wiceministrem odpowiedzialnym za sprawy morza i rzek zostanie trójmiejska prawniczka, prof. Dorota Pyć. Przed miesiącem w tekście „Nowy wice-Nowak” (link) zastanawiałem się, czy obecny rząd jest w stanie namówić do objęcia tej funkcji kogoś sensownego. Wróżyłem, że urząd obejmie klasyczny biurokrata, zręczny propagandysta lub przebiegły nieudacznik, a być może bezradny pasjonat bądź zasłużony funkcjonariusz. Z satysfakcją stwierdzam: nie tylko nie trafiłem, ale spektakularnie spudłowałem! Mamy bowiem do czynienia z osobą i osobowością, która wzbudza nie tylko sympatię, ale i szacunek bardzo wielu osób.

Środowiska działające na rzecz żeglugi śródlądowej chcą wierzyć, że nowa pani minister zostawi po sobie mocny, pozytywny ślad. Ma przed sobą dwa lata, w trakcie których można nadrobić część zaległości ostatnich lat sześciu. Wymagałoby to ciężkiej pracy. Tymczasem z biegiem Wisły dopływają do Trójmiasta obawy, że pani minister może ukochać sobie morze, a ster żeglugi śródlądowej oddać ministrowi środowiska, który ten ster… wyrzuci. W zamian usłyszymy romantyczną opowieść o ptakach, rybach, o pięknie zdziczałego krajobrazu i o renaturyzowanej rzece, urokliwie płynącej wśród pól i domostw, przez osady i osiedla, między blokami i kamienicami wielkich miast…

Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz