18 września 2013

Gdańskie marzenia

Ruszyły konsultacje na temat tego, jaki powinien być Gdańsk w roku 2030. W poniedziałek pierwsze spotkanie pod hasłem „Strategia rozwoju miasta” odbyło się u stóp jednego z falowców na gdańskim Przymorzu. Zarezerwowano 110 miejsc. Przyszło zaledwie 15 osób… 

Nie będę zdawał relacji (relacja → tutaj). Powiem tylko: warto było pójść (jeśli ktoś nie dotarł, to ma szansę jeszcze dziś być na podobnym spotkaniu na Oruni, a w sobotę – w Oliwie; rejestracja: → tutaj). Po co? Odpowiem banalnie: po to, by mieć udział w decyzji o tym, jakie będzie miasto w przyszłości. Sporo osób twierdzi jednak, że „takie spędy są bez sensu”. Z wielu powodów. A najważniejszy z nich to doświadczenie. 

Zbiorowym doświadczeniem wielu gdańszczan jest jałowość wysiłków zmierzających do wywarcia wpływu na decyzje miejskie, i to już na najniższym, lokalnym poziomie. Strzyżenie miejskich trawników, naprawa miejskich chodników, montaż miejskiego oświetlenia – to niespełnialne marzenia blisko miejsca zamieszkania. Mimo wniosków i petycji mieszkańców takie „drobne” sprawy nie są załatwiane. Stąd częste (i uzasadnione) przekonanie, że władza miejska robi co chce, a równie skutecznie można pisać na Berdyczów lub wołać na puszczy. 

Władza nie zaprzecza. Mówi, że nie ma pieniędzy, ochoty albo „woli politycznej”. I że „wie lepiej” nie tylko w sprawach lokalnych, ale – tym bardziej – mających znaczenie wykraczające poza pojedyncze podwórka czy ulice. Spektakularne przykłady wszechmądrości władzy to odrzucenie wszystkich uwag zgłoszonych przez mieszkańców do planów zagospodarowania Brzeźna, a kilkanaście miesięcy wcześniej – Wrzeszcza. No i zupełnie fenomenalne oświadczenie prezydenta miasta, z którego wynika, że wysypisko śmieci na Szadółkach nie śmierdzi… 

Mimo niewątpliwej wszechmądrości i samozadowolenia miejskiej władzy, upieram się: na spotkania dotyczące strategii Gdańska należy iść. Dlaczego? Bo ich tematem są marzenia. Jeśli te marzenia – na poziomie społecznym – zostaną przedyskutowane i sformułowane, to będzie krok w kierunku ich realizacji. „I tak władze miasta odrzucą wszystkie uwagi” – stwierdził jeden z moich znajomków, skądinąd ekspert w sprawach miejskich. Ja na to mówię: odrzucenie wszystkich uwag w sprawach strategii to byłby kardynalny błąd. Bo sytuacja dla polityków miejskich organizujących konsultacje nie jest komfortowa. Jeśli marzenia nie zostaną w przyszłej strategii przyjęte (a to jest możliwe), to jednak pozostaną w formie zapisanej i – prędzej czy później – zostaną odkurzone i położone na stół. Niektórzy takie zapiski określają jednym słowem, świetnie znanym z życia publicznego: program.

Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz