16 października 2013

Akcja "demokracja"

Jesteśmy po referendum Warszawie – prezydent miasta utrzymała stanowisko. Jesteśmy też po nieudanym zbieraniu podpisów za referendum w sprawie odwołania prezydenta Sopotu. Analogiczna akcja w Gdańsku zatrzymała się przed rokiem w jeszcze wcześniejszej fazie. W Gdyni – nie wiem, czy komuś w ogóle do głowy przyszło występować z podobną ideą. 

Miejsca, w których akcje referendalne rozwinęły się na szerszą skalę są w moich oczach nieco skażone. To, że do nich doszło, świadczy o frustracji grup społecznych niezadowolonych ze sposobu sprawowania władzy w miastach. Postulat odwołania tego czy innego prezydenta bądź burmistrza traktuję jako akt dosyć desperacki, zakładam bowiem, że wyczerpane zostały możliwości prowadzenia normalnego dialogu. Odpowiedzialności za ten stan doszukuję się nie po stronie głupoty czy pieniactwa ludu, lecz po stronie wielu spośród włodarzy – „władców” swoich miast. 

Normą w Polsce jest autorytaryzm. Widoczny jest w firmach – na skalę trudną do wyobrażenia w wielu krajach europejskich. Widoczny jest w instytucjach, w których od urzędników oczekuje się wiernopoddańczego stosunku do przełożonych. No i w miastach, w których prezydenci skłonni są twierdzić, że „macie mnie jakiego mnie wybraliście, spotkamy się przy urnach”. Ten ostatni pogląd oznacza, że demokracja ma być jednorazową akcją, rytualnie przeprowadzaną co cztery lata. A tymczasem… 

Tymczasem współczesne miasta europejskie dorosły do demokracji lokalnej jako stanu stałego, obecnego w codziennym komunikowaniu się „władzy” z „ludem”. W Trójmieście pomału wdrażane są pomysły na to, jak „głos ludu” ma brzmieć między wyborami. O dwóch z tych pomysłów słów parę. 

Pierwszy to lokalna reprezentacja mieszkańców w formie rad dzielnic. Takie rady działają w Gdyni, w 2011 mieszkańcy większości dzielnic Gdańska również wybrali swoich przedstawicieli. O ile Gdynia wydaje się oazą spokoju i harmonii we współpracy jednostek miejskich z radami, o tyle w Gdańsku zgrzyta. Jeden zgrzyt będzie przedmiotem debaty w najbliższych dniach – otóż Rada Miasta Gdańska przyjęła projekty statutów dla dzielnic w trybie i formie, które… hm… powiedzmy ostrożnie: nieco zaskakują arogancją. Szczególnie konsternująca jest jedna kwestia – radni rządzący miastem nie zaakceptowali pomysłu, by jednostki miejskie informowały mieszkańców dzielnic o zamierzeniach miasta dotyczących tych dzielnic. Jak oświadczył prominentny gdański rajca – „nie ma w tej sprawie woli politycznej”. 

Drugi pomysł na demokrację między wyborami to budżet obywatelski. Po Sopocie na ten pomysł zdecydowała się reszta Trójmiasta. Przychodzi zatem czas pierwszych porównań. Już jutro (czwartek, 17 października 2013) będą rozmawiać o tym dr Marcin Gerwin, współinicjator sopockiego, pierwszego w Polsce budżetu obywatelskiego, Ewa Lieder, inicjatorka budżetu obywatelskiego w Gdańsku oraz Michał Guć, wiceprezydent Gdyni. Spotkanie jest otwarte – zapraszam na godzinę 13 do Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Gdyni. 



Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz