30 grudnia 2013

Wałowa katastrofa

Przedświąteczny nastrój mieszkańców ulicy Wałowej w gdańskim śródmieściu został zburzony przez ciężki sprzęt budowlany. Zarwała się jezdnia, puścił wodociąg. To efekt dwóch wielkich budów: Muzeum II Wojny Światowej i miejskiej autostrady – tzw. Nowej Wałowej. 

© Przemek Świderski, Dziennik Bałtycki

Nie trzeba tłumaczyć, że już pojedyncza ciężarówka niszczy drogę tysiące razy bardziej, niż samochód osobowy. Policzono nawet – zużycie drogi przez normalnie obciążony ciągnik siodłowy z naczepą to równoważnik skutków ruchu nawet dwóch i pół miliona samochodów osobowych. Ulica Wałowa miała prawo tego nie wytrzymać, zaś urzędnicy i projektanci powinni byli to przewidzieć. I zaradzić zawczasu. Jak? 

Zarówno nowe muzeum, jak i Nowa Wałowa budowane są w bezpośrednim sąsiedztwie wody – Motławy i Martwej Wisły. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że najmniej uciążliwym sposobem dostawy materiałów na budowę jest wykorzystanie drogi wodnej. Tym bardziej, że budowanie w pobliżu rzeki może być po prostu tańsze. Wiadomo przecież od lat, że bezpośrednie koszty transportu wodą są niższe, niż w transporcie drogowym. Koszty pośrednie, na które składają się zniszczenia dróg, infrastruktury podziemnej czy sąsiadujących kamienic – również są zdecydowanie niższe. Do tego urządzenie przeładowni na brzegu rzeki jest problemem zupełnie marginalnym, podobnie jak zorganizowanie placu składowego dla materiałów budowlanych. Tym bardziej, że nie trzeba w tym celu konstruować specjalnych, nowych nabrzeży czy magazynów. Szczególnie na terenach postoczniowych. Wystarczy pomyślunek i zdolność uczestników procesów inwestycyjnych do porozumienia się w tej – dość prostej sprawie. Przydatna byłaby też inicjatywa lokalnych władz, troszczących się zarówno o stan miejskich ulic i koszty ich utrzymania, jak i o jakość życia mieszkańców. 

Obecna faza gdańskich budów jest dość wczesna – trzeba pamiętać, że muzeum będzie wielkie, wielkie będą przyszłe budynki mieszkalne na Brabanku, jeszcze większe – powierzchnie biurowe i hipermarket na terenach postoczniowych. Wszystko w odległości poniżej 500 metrów od rzeki, niekiedy tuż nad wodą. 

Pytam zatem: Czy na pewno sprzęt i zaopatrzenie placów budów w ogóle musi jeździć po miejskich drogach? Przecież jest Wisła… 

Nie wszystkie sprawy związane z żeglugą po Wiśle zależą od rządu i ministerstw. Część decyzji zapada dużo, dużo bliżej. Na przykład decyzje o zwracaniu się miast ku rzece, w tym o sposobie użytkowania dróg w pobliżu nadrzecznych placów budów w śródmieściu Gdańska.

Tekst opublikowany w "Dzienniku Bałtyckim"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz