8 czerwca 2014

Wrzeszcz. Pytanie o rewitalizację

Wrzeszcz to jedna z najstarszych dzielnic Gdańska. Jej nazwa jest udokumentowana od 750 lat, a w granicach miasta znalazła się równo 200 lat temu. Dużo później przyjęło się mówić, że są „dwa Wrzeszcze” rozdzielone linią kolejową, która stała się też granicą podziału na dzielnice administracyjne: nieco mniej ludny Wrzeszcz Górny (położony na wzgórzach) oraz Dolny („opadający” ku morzu). I właśnie dolna, niżej położona część dzielnicy stała się ostatnio głośna. Głośna m.in. ze względu na dźwięki ulicznego festiwalu Streetwaves, które przyciągnęły tu gotową do interwencji policję w kominiarkach. Ale też z powodu komentarzy i analiz, które pojawiły się po tym, gdy policja sobie odjechała.

Do czego służy Dolny Wrzeszcz?
To dzielnica zamieszkała przez 25 tysięcy mieszkańców, a więc liczebniejsza od Kościerzyny, a porównywalna z Pruszczem Gdańskim. Dużo mniejsza terytorialnie, ale bardzo gęsto zaludniona – może trudno w to uwierzyć, ale prawdopodobnie gęściej od sąsiedniej Zaspy. Wielka liczba mieszkańców na małym terenie oznaczać może tylko jedno: sypialnię. A gęsto zaludniona sypialnia lubi ciszę. Wie to każdy mieszkaniec Zaspy czy Żabianki obudzony w nocy śpiewem samotnego pijaka czy startującego z piskiem opon pojedynczego samochodu. Za torami kolejowymi, w Górnym Wrzeszczu wszyscy chyba się przyzwyczaili: jest aleja Grunwaldzka, ruch, handel i hałas. W Dolnym Wrzeszczu czas płynie wolniej, ludzie jakby mniej się spieszą, jest dużo ciszej. Tu się mieszka. Czy trzeba to zmieniać?




Zacznijmy od supermarketu?
Na pytanie o potrzebę zmian władze polityczne miasta odpowiadają: czas na rewolucję. Do najstarszej części Dolnego Wrzeszcza, w rejon browaru trzeba wprowadzić „miasto” – galerię handlową, nowe bloki mieszkalne, więcej samochodów. Dogęścić jedną z najgęściej zaludnionych części miasta. Wbrew lokalnemu prawu poszerzyć jezdnię na wąskiej ulicy Kilińskiego i popsuć warunki życia mieszkańców kamienic przy tej (i nie tylko tej) ulicy. A jednocześnie wysiedlić i wyburzyć kameralne domki z dobrze utrzymanymi ogródkami przy ulicy Nad Stawem. Wielu osobom taka koncepcja zmian w dzielnicy się podoba, bo będzie nowocześniej oraz „nareszcie będzie się coś działo”. Inni mówią: tu się mieszka. Ważną zmianą w dzielnicy jest też przebudowa ulicy Wajdeloty, szumnie zwana „rewitalizacją Dolnego Wrzeszcza”. Nazwa myląca o tyle, że przedsięwzięcie dotyczy bardzo niewielkiego fragmentu dzielnicy, zaś główną intencją prowadzonych prac jest… poprawa bezpieczeństwa powodziowego. Najważniejszym fragmentem tej inwestycji jest mianowicie gruba rura – kanał ulgi, mający w czasie wielkiego deszczu zebrać nadmiar wody z potoku Strzyża. Wymiana nawierzchni ulicy Wajdeloty jest dobrym pomysłem związanym z położeniem tej rury (bo przecież można było na powrót zalać to miejsce asfaltem). Dobrym pomysłem jest też częściowy remont zlokalizowanych tu kamienic – przy udziale finansowym mieszkańców, którzy potrafili się porozumieć i wspólnie z miastem wystarać się o środki z Unii Europejskiej. Będzie ładniej i sympatyczniej. Ale miejsce zacznie przyciągać więcej osób, nie tylko okolicznych mieszkańców. Tu się będzie nie tylko mieszkać…

Lokalsi kontra kosmici?
Festiwal Streetwaves pokazał, że Dolny Wrzeszcz faktycznie potrafi przyciągnąć setki, pewnie nawet tysiące osób. Wśród wąskich uliczek i zakamarków przy Wajdeloty rozlały się dźwięki muzyki i gwar większy być może, niż kiedykolwiek. I pojawił się problem: nie wszyscy mieszkańcy „sypialni” byli zadowoleni, że tak się stało – stąd interwencja policji na imprezie, która nie odbiegała od tego, co w sobotnie wieczory dzieje się w wielu miastach europejskich. Sytuację trafnie uchwycił Jarosław Wasielewski, współautor książki „Dolny Wrzeszcz i Zaspa”. Na swoim blogu zauważył: „Widok tłumu ludzi spędzającego sobotę w dolnowrzeszczańskim parku to dla moich oczu w istocie widok wspaniały. Rozglądając się jednak uważnie niewielu zobaczyłem ‘lokalsów’ - czyli zwykłych rodzin z dziećmi, emerytów, normalnej, podwórkowej młodzieży. Miejscowi pochowali się i zapewne mieli niezły wytrzeszcz widząc, że w Dolnym Wrzeszczu wylądowali kosmici”.

Co to jest rewitalizacja?
To przywrócenie do życia, ożywienie. To namówienie mieszkańców, „lokalsów” do tego, by stworzyli klimat coraz bardziej aktywnego uczestnictwa w życiu sąsiedzkim. By podejmowali w swojej okolicy działania społeczne, kulturalne czy biznesowe – na rzecz społeczności. By nie siedzieli w domach gapiąc się w telewizor czy komputer, ale rozmawiali ze sobą, wspólnie się bawili, uczyli, pomagali wzajemnie, podejmowali decyzje o swojej okolicy. Taki jest ideał. A życie? Cóż, jedyne od wielu lat istotne wydarzenie społeczne w okolicy odbyło się głównie w formie lądowania wspomnianych kosmitów, z których część miała kominiarki na twarzach i napis „Policja” na plecach. W Dolnym Wrzeszczu, w rejonie ulic Wajdeloty i Kilińskiego mamy na razie do czynienia z działaniami inwestycyjnymi i remontowymi, a samej rewitalizacji praktycznie nie rozpoczęto. Zostaje więc spytać: co dzieje się z pieniędzmi przeznaczonymi na działania społeczne? Kiedy rewitalizacja wreszcie się zacznie? Jaki program działań społecznych będzie realizowany? Czy będzie kierowany tylko do mieszkańców ulicy Wajdeloty, czy też sięgnie sąsiedniej ulicy Kilińskiego, przy której inwestycje są o wiele większe? I ostatnie, najtrudniejsze: kiedy miejski program obejmie nie tylko drobny fragment jednej dzielnicy, ale wiele, bardzo wiele innych części Wrzeszcza wymagających rewitalizacji?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz