2 lipca 2014

Kto powinien chronić gdańskie zabytki?

Władze Gdańska oczekują, że przyznane im zostaną uprawnienia konserwatorskie, dotąd przysługujące urzędowi podległemu wojewodzie. Obawiam się, że uwierzyć aktualnym władzom miasta w dobre intencje w sprawie ochrony zabytków, to jak powierzyć wilkowi pilnowanie owiec - pisze dr Piotr Dwojacki, wiceprzewodniczący rady Wrzeszcza Dolnego, ekspert komitetu Gdańsk Obywatelski. 

Mądrość "nowych gdańszczan" 

Zabytkowe obiekty rozpadną się same Już w XVII wieku Polska stała się terenem, po którym z dużą swobodą panoszyły się armie - szwedzkie, rosyjskie, pruskie i niemieckie, a nawet francuskie. A że nasz kraj jest wyjątkowo atrakcyjnie położony, to wojska przetaczały się często. Wojacy, jak to wojacy, zgodnie ze swoją profesją rabowali, palili, burzyli. W rezultacie obiektów historycznych jest u nas bardzo mało, znacznie mniej niż w krajach, które nie były w przeszłości trasami przemarszu wojsk. Gdańsk oberwał wyjątkowo mocno w roku 1945. Szczęściem w nieszczęściu była jednak mądrość "nowych gdańszczan" - osadników, którzy podjęli wysiłek odbudowy Głównego Miasta. W rezultacie mamy piękną "starówkę", z której jesteśmy dumni. Szczęściem było też ocalenie wielu obiektów rozproszonych po różnych dzielnicach. Z nich dumni jesteśmy rzadziej, dużo rzadziej. Między innymi z powodu ich dewastacji. 

Ostatnie lata w Gdańsku to czas wielkich zmian. Historyczna zabudowa stoczni została "zastąpiona" budynkiem Europejskiego Centrum Solidarności. Zakłady mięsne mają hobby na miarę XXI wieku - lubią płonąć. Pożary lubią też inne miejsca w Gdańsku - zajezdnia konna w Oliwie, budynki klubu Gedania, IV Dwór na Polankach, Dwór Fischera w Nowym Porcie, Dwór Srebrniki, pamiętający jeszcze Pierwszą Rzeczpospolitą. Dwór Zakoniczyn czy Dwór Rębowo, delikatnie mówiąc, nie należą do elegancko wyremontowanych. We Wrzeszczu wyburzane będą obiekty z czasów budowy dawnego lotniska, inne, starsze, rozpadną się same. 

Jak chronić zabytki przed władzami Gdańska? 

W opisanym wyżej kontekście władze Gdańska oczekują, że przyznane im zostaną uprawnienia konserwatorskie, dotąd przysługujące urzędowi podległemu wojewodzie. Co ciekawe, jednocześnie rząd przegłosował rozwiązanie dokładnie odwrotne: wojewódzki konserwator zabytków miałby zostać podporządkowany nie władzy regionalnej, lecz centralnej. Wnioskodawcą była minister kultury prof. Małgorzata Omilanowska, która nie tylko w tej sprawie ma pogląd dokładnie przeciwny niż władze miejskie Gdańska. Dość przypomnieć polemikę między nią, dążącą do ochrony zabytków postoczniowych, a wiceprezydentem Gdańska biadolącym, że właścicielowi gruntów "będzie jeszcze trudniej znaleźć chętnych do inwestowania". 

Nie ma żadnych wątpliwości: władze Gdańska z trudem rozmawiają z deweloperami inaczej, niż z pozycji uniżonej. Oczywiście, deweloperzy powiedzą, że jest inaczej, że nie wszystko i nie zawsze można z miejskimi włodarzami załatwić. Ich święte prawo tak mówić, w końcu reguła znana przedsiębiorcom od setek lat brzmi: uporczywie narzekaj, jak trudno ci się prowadzi biznes, może swojego dopniesz. A włodarze zawsze powiedzą, że tworzą korzystny klimat dla inwestycji i rozwoju oraz przyspieszają uciążliwe procedury. Nie odważą się może sprzedać fontanny Neptuna, ale mogą iść na daleko, zbyt daleko idące kompromisy - tak jak w sprawie ostatecznego kształtu Forum Radunia czy Młodego Miasta na terenach postoczniowych.

Potrzeba dialogu 
Obawiam się, że uwierzyć aktualnym władzom miasta w dobre intencje w sprawie ochrony zabytków to jak powierzyć wilkowi pilnowanie owiec. W Gdańsku widać nie tylko brak pomysłu na ochronę historycznych obiektów, ale szerzej: brak przemyślanej polityki kształtowania krajobrazu i przestrzeni. Cierpią z tego powodu nie tylko zabytki, ale i mieszkańcy wielu miejsc, w tym również rozrastających się szybko dzielnic w zachodniej i południowej części miasta. W planowaniu przestrzennym panuje bowiem dogmat o nieomylności władz (wyznawany zresztą głównie przez nie same). Bardzo mało jest pól dialogu, bardzo rzadko uwzględniane są poglądy lokalnych społeczności czy cenionych ekspertów.

Do dialogu wzywają różne środowiska i osobistości, spośród których chciałbym tu wyróżnić jedną, należącą do wąskiego grona najzacniejszych. Andrzej Januszajtis to nie tylko najwyższej próby znawca i pasjonat Gdańska, ale i racjonalnie myślący inżynier. Zignorowano jego głos dotyczący zbyt wysokich budynków na Wyspie Spichrzów czy nowej kładki przez Motławę - w tych sprawach jego niezbyt złożone obliczenia udowadniały błędy koncepcji przyjmowanych przez władze miejskie. Zignorowano też jego po inżyniersku racjonalną propozycję sprzed dwóch lat: ustanowić "Konserwatorki pakt dla Gdańska". Powinien on łączyć różne środowiska eksperckie i społeczne po to, by wypracować zasady ochrony zabytków i planowania przestrzennego. Jeśli prowadzi się dialog i stanowi zasady, wtedy mniej jest konfliktów i mniej mgły otaczającej wiele decyzji. Wróćmy koniecznie do tego tematu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz