21 lutego 2015

Jakie będą nowe rady dzielnic?

621 kandydatów (jeszcze kilku przybędzie w najbliższych dniach) na 486 miejsc w radach dzielnic. W 2011 - 685 osób na 450 miejsc w radach. To oznacza brak istotnej (ilościowo) zmiany w ogólnym zainteresowaniu mieszkańców Gdańska tą formą zaangażowania się w działalność publiczną. W niektórych dzielnicach mamy do czynienia ze wzrostem zainteresowania. W jednej - z dramatycznym spadkiem. Do rady dzielnicy Letnica zgłosiło się dotąd pięć osób, co nie wystarczy dla przeprowadzenia wyborów (ale jest parę dni przedłużenia terminu zgłoszeń). Nie będę się wyzłośliwiał na temat tak chwalonego przez władze miejskie ożywiania (rewitalizacji) Letnicy.  

W ciągu ostatnich czterech lat w związku z radami dzielnic wiele się działo. Całkiem sporo inicjatyw udało się dzielnicowym radnym przeprowadzić - w tym budżet obywatelski zainicjowany w 2012 w Dolnym Wrzeszczu i przyjętym dwa lata później w całym mieście. W wielu sprawach między władzami miejskimi a dzielnicami iskrzyło. Wynikało to przede wszystkim z osobliwej kultury władzy, narcystycznej i nie przyzwyczajonej do kontroli społecznej. Toteż nic dziwnego, że władze polityczne Gdańska postanowiły wpuścić rady w kanał, mocno angażując je w pseudokonsultacje społeczne. W efekcie Rada Miasta popsuła (i tak słabe) statuty dzielnic, co teraz trzeba odkręcać. 

Jednak nie w sprawach formalnych tkwić będzie siła przyszłych rad. Kluczowe będą trzy rzeczy. 

Po pierwsze: zgodność celów. Jeśli na początku nowi radni nie ustalą wspólnie, co chcą osiągnąć - będzie konflikt i kicha. Jedna z pierwszych rzeczy to będzie odpowiedź na pytanie, czy rada ma być inicjatorem i organizatorem różnych przedsięwzięć (prezydent Adamowicz chciałby, by rady spełniały głównie funkcje kulturalno-oświatowe), czy ma być gremium opiniotwórczym i wpływającym na decyzje miejskie.  

Po drugie: stała presja na miejskich radnych i urzędników. Oni są wydelegowani bądź wynajęci do pracy przez ogół mieszkańców i są finansowani z naszych podatków. Należy żądać od nich  skutecznych interwencji. Od urzędów należy żądać ponadto konkretnych planów dotyczących dzielnic - utrzymania terenów zieleni, chodników, ulic itd. Niby prosta rzecz, ale tego w poprzedniej kadencji nie udało się osiągnąć: Zarząd Dróg i Zieleni oraz Gdański Zarząd Nieruchomości Komunalnych nie dały się "namówić" do dzielenia się informacjami o swoich zamierzeniach. 

Po trzecie: gotowość działania bez kasy. Rady dzielnic mają maluśkie budżety, 4 do 6 zł na głowę mieszkańca rocznie. W najmniejszej dzielnicy to jest niewiele ponad 5 (słownie: pięć) tys. zł. W największej - niecałe 200 tys. (równowartość paruset metrów chodnika). Źle będzie, jeśli w dużej liczbie objawią się  pośród nowych radnych zawodnicy, którzy będą twierdzić, że "przecież nie ma pieniędzy, by zrobić cokolwiek". Aktywność jest więcej warta, niż przydzielane radom pieniądze. 

Nie będę w nowej kadencji radnym dzielnicy, ale przyjmę pozycję obserwatora, a w niektórych sprawach "pomagacza". Jakby co - wszystkie rady dzielnicy mają do mnie namiary...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz